sobota, 26 marca 2016

Rodzina + święta = katastrofa

Skłamałabym gdybym powiedziała, że moja rodzina jest idealna, że zawsze ze sobą rozmawiamy i nigdy się nie kłócimy. W końcu nie ma ludzi i rodzin doskonałych. W niektórych przypadkach sprawdza się powiedzenie, że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu, ale nie z moją .... nie jesteśmy specjalnie fotogeniczni.

Dziś Wielka sobota, zaraz zasiądziemy do świątecznego stołu i prawopodobnie zjemy tyle, że już nigdy nie wstaniemy. Inne atrakcje też są gwarantowane, np. ciekawe dyskusje, bo najczęściej przy takich okazjach, każdy staje się ekspertem, a w naszych głowach otwierają się złogi "encyklopedycznej" wiedzy. Przynajmniej dzięki kolejnym dyskusjom na temat tego, czy nauczyciele mają większy wpływ na wychowanie dzieci niż rodzice obędzie się bez podnoszącej ciśnienie kawy. Niektórych jedzenie jajek z majonezem tak zmęczy, że usną na kanapie z papierkiem po cukierku w dłoni. 

Czy żałujecie czasami, że jesteście dorośli? Czy jest coś do czego byście wrócili? Ja czasami tak mam, szczególnie w święta.

Wróciłabym na przykład do szkoły. Nie brakuje mi lekcji i dostawania 1 z matmy. Jeżeli już to brakuje mi przerw pomiędzy lekcjami. Przerwy zawsze dla mnie miały swój klimat. Może nie te przed chemią, bo raczej wtedy martwilam się, że wyląduje pod tablicą z nieodrobioną pracą domową. 

Wróciłabym do małych rodzinnych tradycji. Kiedyś wszyscy chodziliśmy spacerkiem do kościoła poświęcić koszyczek. Musiałam mieć wtedy kapalusz na głowie i stukające lakierki - w tej kwestii niewiele się zmieniło. Po uroczystości wyjadałyśmy zawartość koszyczka, bo byłyśmy tak głodne, że mogłybyśmy upaść!

Teraz koszyczek wygląda nieco inaczej. W tym roku nasze święta powinny być wegetariańskie, bo mama nie włożyła kiełbaski do święcenia. Ale np. Pan Bulcio do koszyczka oprócz pokarmów wkłada mały bonus ... śrubkę od roweru żeby lepiej się jeździło. Dziś miał zabrać całe koło, nie wiem jak to się ostatecznie skończyło.
Będąc już nieco większe wstawałyśmy na Rezurekcje, która dla nas kończyła się wcześniej, bo Magdzie robiło się słabo od zapachu kadzideł. 

Lany Poniedziałek zawsze zaczynał się tak samo. Tata wkradał się do naszych pokoi i spryskiwał nasze stopy i twarze wodą. To było równoznaczne ze wstaniem z łóżka lewą nogą, szczególnie, że do dziś rano nie jestem najsympatyczniejszą osobą na świecie. Natomiast dziadek zaskakiwał nas przy śniadaniu i psikał tzw. fafa - butelka do sprykiwania kwiatów. 

To nie jest tak, że teraz nie mamy naszych małych rodzinnych tradycji. Oczywiście, że mamy, np. piątowe kolacje kiedy przyjeżdżam do rodziców na weekend. Może teraz też jest tak, że inaczej cieszymy się swoim towarzystwem. Doceniamy wspólne małe chwile. 
Tak czy siak bez względu na to, jak i czy wogóle obchodzicie Wielkanoc warto wykorzystać ten czas i spędzić go z rodziną i przyjaciółmi, 
nawet jeśli ma się to skończyć tradycjną świąteczną awanturką. 

Ciekawa jestem czy i Wy macie swoje małe wielkie tradycje.

sobota, 19 marca 2016

Wentyl bezpieczeństwa

Pamiętacie swój pierwszy rower, albo pierwszą jazdę bez trzymanki? Od tej pory już nic nie będzie takie samo, bo jazdy na rowerze się nie zapomina.

Jak przez mgłę pamiętam mój pierwszy rower. Był zielony albo pomarańczowy i miał białe plastikowe kółka po bokach. Zawsze denerwowało mnie, że się gibie z lewej na prawo i odwrotnie. Teraz już wiem dlaczego tak się działo.

Później przerzuciłam się na BMXa po mojej siostrze. Był wściekle różowy i miał kolorowe koraliki na kółkach, które wydawały denerwujący dźwięk - wtedy mi się to podobało. Do kierownicy miał przyczepiony żółty dzwoneczek z Klaunem. Nie był to zwykły dzwonek, żeby wydał jakiś dźwięk trzeba było w niego uderzyć, jak się zestarzał dzwonił na każdym, nawet najmniejszym dołku. Na rowerze uczył mnie jeździć tata. Najpierw jeździłam i podtrzymywał mnie kijem. Później biegał za mną, a jak już puścił to wpadłam w pierwsze lepsze krzaki...

Co ciekawe, tata nauczył mnie też pływać, chociaż sam nie umie, zrobił to nawet nie wchodząc do wody. Kolarzem jest niezłym, zważywszy na jego podeszły wiek. Wyprzedza wszystkich innych kolarzy, pod warunkiem, że jadą w przeciwnym kierunku niż on - żartuje. Tu prawda jest jedna, jego kilometry liczą się podwójnie :)

Kiedy w końcu wyrosłam z wściekle różowego BMXa miałam okres przejściowy. Nie opylało się kupować nowego roweru, bo zbliżała się komunia i dziadki obiecali mi nową brykę. Dlatego popylałam trochę na za małym BMXie, a drugie trochę na za dużym dla mnie rowerze siostry. Był ogromny, nie wiem jak ona na nim jeździła. Był tak duży, że przy hamowaniu spadłam z niego i wylądowałam na ramie, nie chcecie wiedzieć co sobie wtedy rozcięłam...

Po komunii wybrałam się z dziadkami na zakupy. Sklep mieścił się na środku małego bazarku w Ciechanowie, tuż przy gimnazjum do którego później chodziłam. Wybrałam sobie żółtego górala z ramą w literę V ( o taką: \_/ - nie wiem jak ją nazwać inaczej), mniejsze prawdopodobieństwo, że znów na nią spadnę i zrobię sobie krzywdę, nie chcecie wiedzieć gdzie... Rower wyposażyłam sobie też w rogi. Jak szaleć z dziadkami na zakupach, to na całego.

W gimnazjum trochę obraziłam się na rower. Byłam obrażona na wszystko co sprawiało, że się pocę. Sytuacja odrobinę zmieniła się w liceum, kiedy to poznałam mojego wtedy chłopaka, a teraz męża - zapalonego kolarza amatora. Oddał mi wtedy swoje stare metalowe pedały, żeby lepiej mi się jeździło, ale jak możecie się domyśleć trochę podrosłam od pierwszej komunii. Rower był za mały, ale jakoś na nim jeździłam.

Tutaj mamy długo, długo nic, aż do 4 roku studiów. Kupiłam sobie prawdziwy miejski rower. Stary żółty trafił do mojego brata ciotecznego Karola, obecnie jest w bliżej nieznanym posiadaniu, bo Karolek zostawił rower pod domem na noc i ktoś go przytulił... nie Karola, rower.

Kremowe koła, brązowe, skórzane uchwyty na kierownicy i oczywiście koszyk na zakupy i torebkę. I tak sobie pedałowaliśmy we dwójkę z moim mężem Panem Bulciem, wtedy chłopakiem. Pokonywaliśmy mniejsze i większe trasy. Na moim babskim rowerze przejechałam całą Mierzeje Helską, wyprzedzałam kolarzy z turystycznymi sakwami. Dla mnie był to wyczyn. Pamiętam jak pojechaliśmy na przejażdżkę wzdłuż trasy dawnej kolejki wąskotorowej pod Władysławowem. Ten, kto mnie dobrze zna, wie, że jak jadę na rowerze nie lubię wracać tą samą drogą. Bulcio postanowił zastosować się do mojego przyzwyczajenie i wracaliśmy przez lasy, mnóstwo korzeni i ja na miejskim rowerze. W końcu dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry. Tak więc, do Władysławowa wracaliśmy po sporym kawałku bruku. Nie wiem, czy kiedykolwiek mnie tak wydziukało. Jechałam w stresie, bo odkręcało mi się przednie koło i już miałam wyobrażenie jak wypada i toczy się w dół, a ja wywijam triki na tym co zostało.
Rower służył mi jakieś dwa lata. Zawiózł mnie jeszcze do ślubu i trafił w ręce mojej siostry. A ja kupiłam nowy, prawdziwie kolarski, bo mnie wciągnęło. Teraz jeżdżę na prawdziwe treningi w prawdziwym kolarskim stroju, kasku i wpinanych butach. Nauka jazdy na rowerze w porównaniu do nauki w butach kolarskich jest pestką. Początki były trudne. Byłam cała poobijana, bo zapomniałam, że nie wystarczy zahamować, żeby się zatrzymać i stanąć w pionie, a nie poziomie. A opalone rękawy to stały element mojej letniej garderoby. Denerwują mnie piesi spacerujący po ścieżkach rowerowych i kierowcy, którzy nie potrafią lub nie chcą w cywilizowany sposób ominąć rowerzysty. Ale żeby nie było, jeżdżę hobbystycznie, daleko mi do kolarzy amatorów.
W przyszłym roku mam plan kupić nowy, lepszy rower. Ciekawe jak on zapisze się na kartach historii rodzinki Bulciów. To fajnie mieć alternatywny i aktywny sposób spędzania czasu razem. To też dobry sposób na pobycie samym ze sobą. Jak to mówi nasz kolega, też kolarz, to jak wentyl bezpieczeństwa. Dla mnie rower stał się sposobem na naładowanie wewnętrznych baterii i myślenie o niczym. Podczas jazdy myślę tylko o tym, że jadę. Tylko ja i droga.

A czy Wy macie już swój wentyl bezpieczeństwa? Kto wie, może spotkamy się na trasie.
P.S. Ponieważ trzeba się rozliczyć, a mój mąż straszył mnie pozwem za ostatniego posta w którym o nim wspomniałam... ja swój 1% oddam na realizowanie pasji Ciechanowskiej grupie zapaleńców, zwanej Ciechanów Racing Team, do czego i Was zachęcam.

wtorek, 15 marca 2016

Urodzinowy makaron Marysi

Ten makaron to był hit imprezy urodzinowej Marysi na której byliśmy pod koniec lutego. Marysia i jej cioteczne rodzeństwo przygotowali mnóstwo smakołyków. Ten makaron był zdecydowanie najbardziej obleganą potrawą. Marysia podała go w formie makaronowej sałatki na zimno. Ja go troszkę zmodyfikowałam i podałam na ciepło.  

Skład:
(dla 4-6 osób)
500 g makaronu - ja użyłam Barilla
opakowanie przyprawy Pesto Peperoncini Kotanyi - opcjonalnie
ok. 270 g sera feta
suszone pomidory w oliwie i kapary - ilość zależy od Ciebie
3 łyżki oliwy z suszonych pomidorów
garść pestek słonecznika
ser grana padano do posypania
Makaron ugotuj według wskazówek na opakowaniu. Na patelni wymieszaj 3 łyżki oliwy z suszonych pomidorów z przyprawą Pesto Peperoncini oraz z 50 ml wody z gotowania makaronu. Podgrzej, aż połowa płynu odparuje. 
Ser feta i suszone pomidory pokrój w kostkę. Jeżeli chcesz możesz również pokroić kapary. Tak jak napisałam wcześniej, to ile ich dodasz zależy od Ciebie i tego jaki smak lubisz. 
Na oddzielnej patelni upraż pestki słonecznika, aż się zarumienią. 
Kiedy sos już odparuje wymieszaj go z makaronem oraz resztą składników. Do środka wmieszaj również większość uprażonego słonecznika.
Makaron podawaj na ciepło lub zimno posypany serem grana padano i słonecznikiem. 
Smacznego!

sobota, 12 marca 2016

Dlaczego cieknie kran?

Powiem Wam dlaczego kran cieknie, a spłuczka zachowuje się tak jakby miała wylać się z niej cała woda. Bo wiedzą, że coś się święci. Moim zdaniem urządzenia mają fabryczne czipy. Czipy ze złośliwością rzeczy martwych. Wiedzą kiedy lokatorzy planują przeprowadzkę i mają kasy (z kredytu) jak lodu, dlatego się psują żeby je naprawiać, kiedy się nie ma na to najmniejszej ochoty.

Kran i spłuczka wiedzą gdzie dziś byliśmy i o czym będziemy rozmawiać podczas mycia zębów. Wiedzą, że ich nie spakujemy ze sobą do kartonów przyniesionych ze sklepu cztery piętra niżej.
Dziś jest wielki dzień. Ponad rok temu zainwestowaliśmy prawie w pole kapusty. Dziś stoi tam kilka całkiem fajnych bloków z których przez najbliższy rok będzie słychać gwizdanie pracujących majstrów i wiercenie w ścianach. W których za kilka miesięcy zamieszkają pierwsi lokatorzy.

Place zabaw zazielenią się i wypełnią biegającymi dzieciakami, wrzeszczącymi pod jeszcze czystymi oknami. Korytarze wypełnią się domowymi zapachami wydobywającymi się z nowych kuchni zamówionych w Ikei.

Oczami wyobraźni widzę siebie w tym miejscy za kilka miesięcy przyjmującą gości na parapetówce. Chwalącą się mamie i teściowej jak poukładałam sobie w szafkach. Pokazującą dziadkom jak praktycznie urządziłam sypialnie. Tłumaczącą tacie jak ma zrobić mi garderobę i że tak samo mógłby zrobić mamie.

Nie ukrywam, że trochę się bałam tego dnia. Co jeśli zawiodłoby mnie to na co wydaliśmy wszystkie oszczędności? Na szczęście tak nie jest. Jestem pozytywnie zaskoczona. Szczególnie podoba mi się niskie okno w sypialni na którym poukładam poduszki. Martwi mnie jedynie łazienka i to, czy w dużym pokoju zmieści się okrągły stół.

Jest jedna rzecz, której sobie nie zazdroszczę. Pakowanie. Macie jakieś sposoby na umilenie sobie tej czynności? Lampka wina odpada, bo na jednej się nie skończy i to mnie będą transportować w kartonach.

wtorek, 8 marca 2016

Kobieta na pewno nieoczekująca dziecka

Kochane, znacie to, oj bardzo dobrze to znacie. Zjadłabym wszystko. Dosłownie. Mogłabym zacząć od czegoś słodkiego, jakaś czekoladka, albo wafelki. Później pizza, albo hamburger, albo śledź pomiędzy dwoma schabowymi i do tego kakao. Na koniec, tak dla przegryzienia czipsy, najlepiej dwie paczki, bo na pewno nie mogłabym się zdecydować: paprykowe, czy czitosy.

Ostatnio wracaliśmy ze spotkania ze znajomymi. Prowadziłam auto, nagle zrobiło mi się okropnie gorąco, oblał mnie zimny pot. Zakręciłam ogrzewanie, włączyłam zimną dmuchawę, bo mówię, może mi gorąco. Bulcio kurczowo trzymał się siedzenia, a przecież jechałam dobrze, nie za szybko, nie za wolno, nawet zmieniałam pasy ruchu. Nie wytrzymał, w końcu mówi:
- Gonia możesz już wrzucić piątkę. -  pomyślałam sobie: Że co proszę? 
Uwaga! Drodzy Państwo, mamy zgodę, możemy zmienić bieg.
- Mam Cię wysadzić? Zaraz jest przystanek.

Yhy, już wiemy, coś się dzieje. Nadeszła godzina zero. Godzina Twoich największych koszmarów. Czas najdziwniejszych zachcianek, euforii, płaczu na reklamach i irytacji na ulubionym serialu. Uwierzcie mi, tak zachowuje się zdrowa kobieta NA PEWNO NIEOCZEKUJĄCA na dziecko.

Dojechaliśmy do domu, oznajmiam, mojemu mężowi:
- Już wiem dlaczego zrobiło mi się tak słabo. Dostałam okresu.
- O biedna jesteś! To pewnie dlatego. Bardzo Ci współczuje...

Zastanawiam się... czy mężczyzna mówiący: współczuje Ci okresu, jest świadomy, czego tak na prawdę współczuje? Zabrzmiało to jakby paczka żelków, którą właśnie zjadłam była co najmniej dwa razy za mała, albo jakby zdechła mi świnka morska.

Nie wiecie czego nam współczujecie. My toniemy. Dosłownie i w przenośni. Toniemy w zachciankach i skrajnych emocjach. Dlaczego to kobiety, zostały obdarzone takim właśnie bonusem. Byłabym w stanie to wszystko przeżyć, ale nie jestem już nastolatką, mam dość pryszczy pojawiających się na mojej twarzy w najmniej oczekiwanym momencie.

Tak się czuje kiedy wybija godzina zero, a wyobraźcie sobie co musi się dziać tuż przed nią. A kobieta bardzo krótko jest po okresie, natomiast zawsze przed nim. Takie życie Panowie!


Kobiety! Jesteście wspaniałe. Czym byłby świat bez nas.

P.S Pan Bulcio wpadł ostatnio na świetny pomysł: może w tym roku zamienimy święta? 8-go marca będzie Dzień Chłopaka, a Dzień Kobiet zrobimy dopiero za rok. Świetny pomysł... pożegnaj się dziś z kolacją :)

sobota, 5 marca 2016

Życie pisze najlepsze scenariusze

Znacie osoby wokół których dzieją się sceny niczym z filmów? Bo ja znam. Czasami są to szczęśliwe sceny z happy endem, ale czasami takie, że zastanawiam, jak to jest możliwe, że to się w ogóle dzieje.

Opowiem Wam trochę o takiej osobie. Pewnie chaotycznie, ale w mojej głowie ma to sens.

Kiedyś była nastolatką o długich blond włosach, duszą towarzystwa, przewodniczącą wszystkich dziewczęcych klubów.

Kręciła najlepsze fikołki na trzepaku i robiła najśmieszniejsze błędy ortograficzne. Przenosiła cały bałagan ze swojego biurka, na biurko młodszej siostry. Kiedy mama gasiła światło w pokoju, włączała w tv "Gęsią skórkę" i oglądały ją razem, aż mama się nie zorientowała, że dziewczynki nie śpią. W wakacje do późnych godzin wieczornych śpiewała ze swoją siostrą do dezodorantu piosnki Anastaci, zbierając przy tym niemałą widownię pod swoim balkonem.

Kiedyś dziadek dokarmiał ją Milki Wayami, wielu obwinia go za to, że trochę się jej przytyło, ja wolę myśleć, że od nich jej włosy robiły się jeszcze jaśniejsze. A ewentualne problemy z wagą, po których nie ma śladu wolę zrzucić na za słodką herbatę.

Przedstawiła swojej młodszej siostrze jedną z jej najlepszych przyjaciółek, legendarnym tekstem: Cześć dziewczyny? Znacie moją siostrę.... Choć grupka do której podeszły nie przepadała za nimi, bo ich dom został wybudowany na najlepszych krzakach z malinami. Później spotykały się w ogródku jedząc maliny z krzaków które zostały. Ów dziewczyna przygotowała wtedy specjalność szefa kuchni: kogel mogiel z malinami i chrzęszczącym piaskiem w zębach.

Wprowadzała swoją siostrę do dorosłego towarzystwa w którym zawsze byli starsi i niedostępni przystojniacy. Na marginesie większość zakochana właśnie w starszej siostrze.
Bywa niezdarna. Czasami wpada na ściany lub kolegów i łamie nos. Czasami spada z dziwnych miejsc i trafia po raz kolejny do szpitala z wstrząśnieniem mózgu. Czasami jej młodszej siostrze wypada wazon z dłoni, a do jej oka wpada kawałek szkła i nie traci wzroku - takie rzeczy tylko w filmach. Czasami tak się przeziębia, że trafia do szpitala z podejrzeniem sepsy. Podczas tego pobytu np. wymotuje na swojego wtedy chłopaka, później narzeczonego, teraz ex narzeczonego.

Jej osobowość przyciąga jak magnez. Niestety czasami typy spod ciemnej gwiazdy. Ma grono "przyjaciółek" z którymi spotyka się od liceum. To niczym spotkania jak z Seksu w wielkim mieście. Z tym, że są to spotkania w małym mieście z mniejszą ilością szalonego seksu. Były to spotkania przepełnione głośnymi rozmowami ze słowami, które nie powinny wychodzić z ust damy, podczas których pije się średniej jakości wino. Teraz są to dużo dojrzalsze spotkania, jeszcze głośniejsze, ale z lepszej jakości winem, które zostało po drugich zakończonych zaręczynach. Zakończonych sukcesem, ale bez dużej imprezy weselnej... właściwie to nawet bez ślubu.

Jej młodsza siostra zawsze uważała, że to fajnie mieć takie grono przyjaciółek. Niestety wiąże się to czasami z licznymi problemami, kłótniami, intrygami, poufnymi informacjami wypływającymi nie wiadomo od kogo. Młodsza siostra czasami potrafiła stanąć w obronie tej starszej i nasmarować niemiłą wiadomość w jej obronie, tu cytat: ej odwal się od mojej siostry. Było też kilka brzydszych słów, za co teraz przeprasza tą koleżanką, bo chyba jest najlojalniejsza z całej paczki.

W gronie swoich przyjaciół miała również kolegów, którzy pojawiają się jeszcze od czasu do czasu. Nie musi się z nimi spotykać by wiedzieli, że coś jest nie tak. Czasami bez żadnych sygnałów piszą: Co się dzieje? Czy wszystko ok? Dziwne, bo częstą trafiają w punkt i piszą w najtrudniejszym momencie jej życia. To kumple, którzy potrafią przegonić najdziwniejsze typki, poczynając od chorych wielbicieli, po gówniarzy okradających jej siostrę, kończąc na mechanikach oszustach. To kumple, którzy pokonywali z nią rekordową liczbę okrążeń wokół osiedla. Gotowi przynosić jej prawdziwe krokodyle.

Ma wspaniałych, nowoczesnych rodziców, jedzących krewetki i pizzę. To również rodzice z podobno chorymi zasadami, gotowymi wydziedziczać swoje dzieci, choć nie bardzo mają z czego. Ma najmniejszego i najbardziej śmierdzącego jamnika świata. Wykonuje jeden z trudniejszych zawodów i jest w tym na prawdę dobra.

Nie myślcie sobie, że ta dziewczyna, a raczej kobieta jest jakąś niemotą życiową. Jedyne co jej średnio wychodzi to prowadzenie auta. Z każdej sytuacji wychodziła obronną ręką, jest silna, nie znam drugiej takiej osoby. Chciałam żeby to wiedziała.

W wielu nieszczęściach które się jej trzymały odnajdywała szczęście, ponieważ wokół niej były prawdziwie bliskie dusze. Tego chciałam życzyć osobie, którą Wam przedstawiłam. Mojej starszej siostrze.
Pamiętaj, że spotkało Cię największe szczęście w postaci oddanych przyjaciół, kochanej rodziny, pracy do której masz powołanie... a cała reszta przyjdzie w najmniej oczekiwanym momencie. Już Ci obiecałam, że jak urodzę kiedyś bliźniaki oddam Ci jednego. Po co mi dwójka :P

P.S Mała korekta, rodzice mogą wydziedziczyć z dwóch styranych życiem, białych dostawczaków - co za strata, zawsze takie chciałam.

środa, 2 marca 2016

Suknia noszona tylko raz

Mój tata, mój mąż, a nawet mój pies śmieje się ze mnie, że kupuje kolejną sukienkę i założę ją tylko raz, bo na inną uroczystość nie wypada założyć tej samej. Każdy pretekst jest dobry. Ale... jest taka sukienka, ta jedna, jedyna, którą faktycznie założy się tylko raz, bo na żadną inną uroczystość na prawdę nie wypada. 
Na widok której tata posmutnieje i uroni łezkę, bo nie jest to biała sukienka komunijna, dla córki która podczas spacerów trzymała jego kciuka. A mąż - wtedy jeszcze narzeczony - zaniemów z wrażenia, bo pupka jego przyszłej żony w tej sukni wygląda soczyście ;)

Mowa oczywiście o sukni ślubnej. Każda z nas ma mniej więcej wyobrażenie na temat tego, jak chce wyglądać na swoim ślubie. Pamiętajmy o tym, że jak się dobrze czujemy w kreacji, będziemy wyglądać oszałamiającą. Ważne żeby suknia ślubna oddawała osobowość kobiety i jej nie poskromiła.

Wiedziałam, że nie chcę dużej, ekstrawaganckiej sukni. Choć zdania były podzielone. Pamiętam kiedy moja teściowa zapytała mnie po raz pierwszy o moją suknie, wtedy w tym samy czasie odpowiedziałyśmy:
Teściowa: Księżniczka?
Ja: Syrenka?
Oczywiście nie mogłam sobie odmówić i przymierzyłam kilka typowych księżniczek, ale wyglądałam jakby połknął mnie wielki lukrowany pączek. To w takiej sukni moja mama zrobiła mi pierwsze zdjęcie i pokazała je ukochanej, bardzo chorej cioci, której jako mała dziewczynka wyjadałam cukierki z kredensu.

Swoje poszukiwania zaczęłam od Internetu. Wszystkie modele, które mnie intrygowały, to były suknie o kroju syrenki. Miałam swoją faworytkę, ale nie wiedziałam, czy będę w niej dobrze wyglądała i czy mieści się w budżecie. A budżet to rzecz święta.

Umówiłam się na pierwszą wizytę do Atelier Ślubnego Violi Piekut. Wchodząc do salonu, moja suknia stała zaraz przy wejściu po prawej stronie. Pamiętam to jakby wydarzyło się wczoraj. Od tego czasu minął ponad rok. 

I już wiedziałam: albo TA, albo żadna. Konsultantka zaproponowała mi kilka innych opcji, a mój wybór zostawiłyśmy na koniec. Były piękne, ale nie pasowały do mnie, albo mnie skracały, albo postarzały, albo coś tam... Założenie wybranej przeze mnie sukni, było jak wisienka na torcie. Była idealna. Mama twierdząco kiwała głową, a tata.... a tata nic nie mówił, siedział na kanapie i patrzył. Wiedzieliśmy, że zostaję właśnie w tej. 
Piękny model Loren, cała koronkowa z długimi rękawami w kolorze śmietankowej bieli. Tak, biel ma różne odcienie. Nie widziałam różnicy dopóki nie przymierzyłam. Śnieżno biała suknia sprawiała, że moja twarz wyglądała smutno. Do mojego typu urody bardziej pasuje coś ciepłego, dlatego Konsultantka zaproponowała mi śmietankę. Bałam się, że przy białej koszuli Pana Młodego moja suknia będzie wyglądała na pożółkłą, ale tak nie było.
Do kościoła wybrałam bardzo długi welon, o tradycyjnym kształcie, tzw. maryjkowy, zakończony koronką. Natomiast podczas przyjęcia nosiłam na głowie nowoczesny toczek, zwany również fascynatorem.
To była suknia idealnie dopasowana do mnie i nie jest to tylko moje zdanie. Jako ckliwy zbieracz pamiątek długo nie chciałam się z nią rozstawać. Pamiętam, że zawsze miałam pretensje do mojej mamy, która sprzedała swoją suknie. Bardzo chciałabym ją zobaczyć. Tylko po 50 latach małżeństwa nic mi z mojej sukni. Trzymanie jej dla mojej potencjalnej córki raczej nie ma sensu. Bo: a. potencjalna córka powinna być synem; b. potencjalna córka raczej nie założy starej sukni ślubnej c. co jeśli córka nie będzie brała ślubu, po co to wszystko?

Dlatego nadeszła pora, aby moja suknia uszczęśliwiła inną kobietę i sprawiła, że na niej będzie wyglądała jak na nikim do tej pory.
Mam nadzieje, że trafi w dobre ręce i stworzy kolejne niepowtarzalne wspomnienie. 
Zdjęcia: www.uppermost.pl, Adam Kotowski