sobota, 19 marca 2016

Wentyl bezpieczeństwa

Pamiętacie swój pierwszy rower, albo pierwszą jazdę bez trzymanki? Od tej pory już nic nie będzie takie samo, bo jazdy na rowerze się nie zapomina.

Jak przez mgłę pamiętam mój pierwszy rower. Był zielony albo pomarańczowy i miał białe plastikowe kółka po bokach. Zawsze denerwowało mnie, że się gibie z lewej na prawo i odwrotnie. Teraz już wiem dlaczego tak się działo.

Później przerzuciłam się na BMXa po mojej siostrze. Był wściekle różowy i miał kolorowe koraliki na kółkach, które wydawały denerwujący dźwięk - wtedy mi się to podobało. Do kierownicy miał przyczepiony żółty dzwoneczek z Klaunem. Nie był to zwykły dzwonek, żeby wydał jakiś dźwięk trzeba było w niego uderzyć, jak się zestarzał dzwonił na każdym, nawet najmniejszym dołku. Na rowerze uczył mnie jeździć tata. Najpierw jeździłam i podtrzymywał mnie kijem. Później biegał za mną, a jak już puścił to wpadłam w pierwsze lepsze krzaki...

Co ciekawe, tata nauczył mnie też pływać, chociaż sam nie umie, zrobił to nawet nie wchodząc do wody. Kolarzem jest niezłym, zważywszy na jego podeszły wiek. Wyprzedza wszystkich innych kolarzy, pod warunkiem, że jadą w przeciwnym kierunku niż on - żartuje. Tu prawda jest jedna, jego kilometry liczą się podwójnie :)

Kiedy w końcu wyrosłam z wściekle różowego BMXa miałam okres przejściowy. Nie opylało się kupować nowego roweru, bo zbliżała się komunia i dziadki obiecali mi nową brykę. Dlatego popylałam trochę na za małym BMXie, a drugie trochę na za dużym dla mnie rowerze siostry. Był ogromny, nie wiem jak ona na nim jeździła. Był tak duży, że przy hamowaniu spadłam z niego i wylądowałam na ramie, nie chcecie wiedzieć co sobie wtedy rozcięłam...

Po komunii wybrałam się z dziadkami na zakupy. Sklep mieścił się na środku małego bazarku w Ciechanowie, tuż przy gimnazjum do którego później chodziłam. Wybrałam sobie żółtego górala z ramą w literę V ( o taką: \_/ - nie wiem jak ją nazwać inaczej), mniejsze prawdopodobieństwo, że znów na nią spadnę i zrobię sobie krzywdę, nie chcecie wiedzieć gdzie... Rower wyposażyłam sobie też w rogi. Jak szaleć z dziadkami na zakupach, to na całego.

W gimnazjum trochę obraziłam się na rower. Byłam obrażona na wszystko co sprawiało, że się pocę. Sytuacja odrobinę zmieniła się w liceum, kiedy to poznałam mojego wtedy chłopaka, a teraz męża - zapalonego kolarza amatora. Oddał mi wtedy swoje stare metalowe pedały, żeby lepiej mi się jeździło, ale jak możecie się domyśleć trochę podrosłam od pierwszej komunii. Rower był za mały, ale jakoś na nim jeździłam.

Tutaj mamy długo, długo nic, aż do 4 roku studiów. Kupiłam sobie prawdziwy miejski rower. Stary żółty trafił do mojego brata ciotecznego Karola, obecnie jest w bliżej nieznanym posiadaniu, bo Karolek zostawił rower pod domem na noc i ktoś go przytulił... nie Karola, rower.

Kremowe koła, brązowe, skórzane uchwyty na kierownicy i oczywiście koszyk na zakupy i torebkę. I tak sobie pedałowaliśmy we dwójkę z moim mężem Panem Bulciem, wtedy chłopakiem. Pokonywaliśmy mniejsze i większe trasy. Na moim babskim rowerze przejechałam całą Mierzeje Helską, wyprzedzałam kolarzy z turystycznymi sakwami. Dla mnie był to wyczyn. Pamiętam jak pojechaliśmy na przejażdżkę wzdłuż trasy dawnej kolejki wąskotorowej pod Władysławowem. Ten, kto mnie dobrze zna, wie, że jak jadę na rowerze nie lubię wracać tą samą drogą. Bulcio postanowił zastosować się do mojego przyzwyczajenie i wracaliśmy przez lasy, mnóstwo korzeni i ja na miejskim rowerze. W końcu dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry. Tak więc, do Władysławowa wracaliśmy po sporym kawałku bruku. Nie wiem, czy kiedykolwiek mnie tak wydziukało. Jechałam w stresie, bo odkręcało mi się przednie koło i już miałam wyobrażenie jak wypada i toczy się w dół, a ja wywijam triki na tym co zostało.
Rower służył mi jakieś dwa lata. Zawiózł mnie jeszcze do ślubu i trafił w ręce mojej siostry. A ja kupiłam nowy, prawdziwie kolarski, bo mnie wciągnęło. Teraz jeżdżę na prawdziwe treningi w prawdziwym kolarskim stroju, kasku i wpinanych butach. Nauka jazdy na rowerze w porównaniu do nauki w butach kolarskich jest pestką. Początki były trudne. Byłam cała poobijana, bo zapomniałam, że nie wystarczy zahamować, żeby się zatrzymać i stanąć w pionie, a nie poziomie. A opalone rękawy to stały element mojej letniej garderoby. Denerwują mnie piesi spacerujący po ścieżkach rowerowych i kierowcy, którzy nie potrafią lub nie chcą w cywilizowany sposób ominąć rowerzysty. Ale żeby nie było, jeżdżę hobbystycznie, daleko mi do kolarzy amatorów.
W przyszłym roku mam plan kupić nowy, lepszy rower. Ciekawe jak on zapisze się na kartach historii rodzinki Bulciów. To fajnie mieć alternatywny i aktywny sposób spędzania czasu razem. To też dobry sposób na pobycie samym ze sobą. Jak to mówi nasz kolega, też kolarz, to jak wentyl bezpieczeństwa. Dla mnie rower stał się sposobem na naładowanie wewnętrznych baterii i myślenie o niczym. Podczas jazdy myślę tylko o tym, że jadę. Tylko ja i droga.

A czy Wy macie już swój wentyl bezpieczeństwa? Kto wie, może spotkamy się na trasie.
P.S. Ponieważ trzeba się rozliczyć, a mój mąż straszył mnie pozwem za ostatniego posta w którym o nim wspomniałam... ja swój 1% oddam na realizowanie pasji Ciechanowskiej grupie zapaleńców, zwanej Ciechanów Racing Team, do czego i Was zachęcam.

2 komentarze:

  1. Och pamiętam mój pierwszy rower był kolorowy i przyczynił się do złamania ręki z przemieszczeniem czywiście jak to z dzieciakiem bywa wstałam otrzepałam się i dobę chodziłam z tą ręką aż mama zauważyła, że ciągle ją podtrzymuje drugą i zabrała mnie na ostry dyżur :D Na szczęście do roweru się nie zniechęciłam i nawet będąc już dorosłą zapominam o całym świecie kiedy wybiorę się na przejażdżkę ;))

    Ale rowerem do ślubu, o tym jeszcze nie słyszałam no podziwiam - wyczyn ekstremalny ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rowery mają to do siebie, że jak się jedzie to zapomina się o wszystkim wokół :)

      Usuń