sobota, 2 kwietnia 2016

Nasz pies to jeden wielki żart

Był czerwiec. Chyba Dzień Dziecka. Spałam jeszcze na swoim skrzypiącym tapczanie, żaluzje były zasłonięte, ale wnioskuje, że musiało być już ok. 11, bo tata wrócił z pracy. Usłyszałam jak wchodzi po schodach, a robi to do dziś głośno. Gumowe klapki obijają się o poprzedni schodek, a na ostatnim często się potyka. Mniejsza o to.

Tata wszedł do mnie do pokoju bez pukania, prawdopodobnie wiedział, że jeszcze śpię. Gdybym nie spała, też by wszedł bez pukania. Nie bez przyczyny na moich drzwiach przykleiłam naklejkę: Spadaj! Wisi tam do dziś. Tata usiadł na łóżku i zapytał: "Może pojedziemy dziś po pieska? W Sarnowej Górze mają mini jamniki za pięć dych." Dwa razy nie trzeba było powtarzać. Przez chwilę bałam się że to jakaś sztuczka żebym szybciej wstała.

Swoją drogą, co to za pytanie. Zawsze chciałyśmy psa. Przez jakiś czas miałyśmy Cocker Spaniela, Czapiego, który lubił chodzić w krawacie. Niestety musieliśmy go oddać, bo był duży i wchodził do babcinej kuchni. Po kilku latach wszystkich zaczęły chyba gryźć wyrzuty sumienia, że oddali go bez konsultacji z nami i w wyniku negocjacji starszyzna zgodziła się na coś małego. Byleby bardziej przypominało psa, a nie szczura.

Nieugięta była mama, mówiła tylko: Absolutnie! Ja go nie będę wyprowadzała. Nie i kropka (to było równoznaczne z kropką nienawiści).Tego dnia powiedziała nam tylko: Jak już tam będziemy, to łapcie tego, który się pierwszy wyrwie. Widocznie pomyślała, że jesteśmy już na tyle duże, że zaopiekujemy się małym słodkim pieskiem. Tak było, pod warunkiem, że nie sikał i nie rzygał robakami. Chroniłyśmy go kiedy pogryzł kanapę i najlepsze skórzane szpilki mamy. Mama "kochała" go najbardziej kiedy biegał po ogródku z myszą albo jak całował ropuchy - niestety nigdy nie zamieniały się w księcia.

Zapakowaliśmy się na dwa samochody. Jechał jeszcze mój chrzestny Paweł. Pewnie to przeczyta i ucieszy się jak powiem tak: w drugim samochodzie jechał wujek Paweł i jego małżonka Agnieszka. Czekaliśmy, aż właściciel gospodarstwa wypuści na podwórko małe pieski. Otworzył chliwek i wtedy się zaczęło. Szczeniaki rozbiegły się we wszystkie strony, ich długie uszy ciągnęły się po ziemi, tak jakby były cięższe od nich. W naszą stronę biegły dwa, ciocia Agnieszka już wyciągała ręce po tego ciemniejszego, aż tu nagle pojawiła się mama i zabrała go niczym lwica. Im został ten jaśniejszy.
Dopiero później zaczęły się schody. Jak go nazwać? Pojawiały się różne propozycje, np. Harry, bo moja Magda miała fioła na punkcie Harrego Pottera, ja zaproponowałam Hultaj, bo pomyślałam, że śmiesznie będzie jak inni będą je mylić i wołać: Chujtaj. Tata natomiast miał nagły przebłysk i powiedział: "Dexter! To jest Dexter." I tak oto został z nami mały, rudy, przemądrzały jamnik miniaturka: Dexter.

Mieszka w moim domu rodzinnym i wie kiedy wracam na weekend, zawsze czeka pod drzwiami. Potrafił obszczekać mnie kiedy chodziłam po domu z ręcznikiem na głowie, teraz kiedy nie zostanie powiadomiony o moim powrocie może nie poznać mnie w drzwiach. Niestety lata młodości ma już za sobą i niestety prędzej, czy później będzie wąchał kwiatki od spodu. W miejscu w którym spoczywają: świnka morska, trzy papugi (w tym jedna pogrzebana mentalnie, bo postanowiła wyjść na balkon na spacer i już nie wróciła).

Póki co trzyma się dobrze. Nie wchodzi po schodach, ale tego nie robi od dawna. Podejrzewamy, że kiedyś zrobił fikołka jak schodził na dół i pozostała mu trauma. Jest chodzącym odkurzaczem na wiecznej diecie.

Według naszych obliczeń, Dexter urodził się 1 kwietnie. Czyli wczoraj. A może po prostu wolimy tak myśleć, bo to fajna data na urodziny. Poza tym Dexter jest wrodzonym żartownisiem. Potrafi ściągnąć z talerza całego schabowego i zjeść go zanim ktoś się zorientuje, że kotlet ożył i sam wyszedł. Umie też kulturalnie wziąć gryza kanapki, którą ktoś trzyma w dłoni. Najczęściej znika moje jedzenie, pewnie dlatego jestem wiecznie głodna...

Robił nam też żarty w najmniej oczekiwanym momencie, np. kiedy szykowałyśmy się do szkoły i nie zwracałyśmy na niego uwagi. Spieszyłyśmy się na autobus, a on potrafił wyciągnąć rolkę papieru toaletowego i rozciągnąć ją po całym domu. Nie dał się wtedy złapać. Nasz dom wyglądał wtedy jak w amerykańskim filmie.

Jako wrodzony kompan "ojca selekcjonera", robił na złość niechcianym kawalerom. Potrafił pogryźć buty "kumpla" Magdy.... ale nie jakieś tam stare, śmierdzące papcie... oryginalne nówki sztuki. Każdego kawalera grzecznie żegnał, zazwyczaj wychodzili w biegu, nie dlatego, że godzina była nieprzyzwoita, lecz dlatego, że goniła go mała, ruda zaraza ze świńskim uchem w pysku.

Dexter jest też wrodzonym, eleganckim kawalerem. Na nasz ślub założył czerwoną muchę i witał gości z balkonu na górze. Jego wiek do czegoś zobowiązuje, bowiem jest 75 letnim hrabią.

Teraz jego żarty ograniczają się do wrzucania piłeczki pod komodę. Chyba dojrzał, a w tym wieku przecież już nie wypada biegać po domu z damskimi majtkami w zębach.

P.S Jeżeli jesteście ciekawi losów tego drugiego jamnika. Pawły nazwali go Fuksik. Jak twierdzą, geneza tego imienia wywodzi się z tego, że fuksem trafił do nich. Był największą łajzą na osiedlu i przynosił oryginalne czapki Adidasa. Nauczył naszego Dextera obsikiwać choinkę z podniesioną nogą.

3 komentarze:

  1. Nie potrafiłabym żyć bez psów. Jamniki są genialne! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki słodziak! Wolę większe psy ale ten jest taki słodki! :P Pozdrawiam, melodylaniella.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń