czwartek, 26 maja 2016

Moja Wonder Mama

Nasza mama ma wiecznie 37 lat. Na prawdę, nie wiem jak to się dzieje. Wiek mojej mamy się zatrzymał. Zastanawiam się co się wydarzyło, te kilka lat temu, że zahibernowałyśmy naszą mamę. Przecież nie dałyśmy jej do wypicia magicznego eliksiru.

Pamiętam mamę jako pielęgniarkę. Zabawną pielęgniarkę. Często opowiada nam historię, jak robiły żarty nowym koleżankom na oddziale okulistyki, np. wypadające szklane oczy.
Jak przez mgłę pamiętam kiedy wracała z dyżuru i nie jestem pewna, czy faktycznie tak było, czy to moja wyobraźnia. Jeździłam rowerem dookoła osiedla, wyglądając, czy już idzie.

Teraz nie wyobrażam sobie jej jako pielęgniarki. Uważam, że to szanowany zawód, ale to co robi teraz jest duuużo ciekawsze. Moja mama zajmuje się wygrzebywaniem brudów i najskrytszych tajemnic szpitalnych. Jeżeli takie odkryje, pisze na to odpowiednią procedurę, żeby albo zniknęły, albo nie dały się wykryć. To jak poszukiwacze skarbów. No ale, coś za coś. Musi być upierdliwa.

Pamiętam jak bawiłyśmy się z siostrą na podwórku, a mama wołała nas przez okno. Wracałyśmy do domu na budyń, albo rzucała nam przez okno podwieczorek: bułka z parówką owinięta w papierową serwetkę w niebiesko białą kratę i soczek ze słomką - wszyscy nam zazdrościli. 

Mama zawsze brała nas w obroty. Zwykłe przeprosiny wystarczały tylko do czasu. Później kiedy coś przeskrobałyśmy, mama mówiła: Ja się nie gniewam. Jest mi przykro, idź przemyśl swoje zachowanie. Tak zrodziły się ciche dni.

Przechodziłam typowy okres młodzieńczego buntu. Zamykałam się w swoim pokoju, raczej nie miałam potrzeby przebywania z rodziną. Choć nie lubię tego określenia, moja mama uważa, że w porę zaczęła obskubywać ze mnie skorupkę, bo inaczej byłabym odludkiem.

To moja mama złapała mnie kiedy pierwszy raz zemdlałam (i jak do tej pory jedyny). Pocieszała mnie kiedy miałam złamane serce, albo krzyczała kiedy rozstawałam się z kimś kogo lubiła, ale zawsze szanowała moje decyzje. Cisze się, że zakazywała nam pewnych rzeczy, bo dzięki temu wpajała nam różne wartości, ale pewnie w pełni zrozumiem to dopiero kiedy będę miała swoje dzieci.

Co wakacje wyjeżdżałyśmy w to samo miejsce nad morze, na tydzień lub dwa. Była to taka nasza mała rodzinna tradycja. Teraz zdarza nam się razem wyjechać w to miejsce, ale na krócej... i ze wskazaniem na "zdarza".  

Zawsze kiedy wracam do domu, siadamy sobie w kuchni i rozmawiamy. Albo mama coś gotuje, a ja siadam na blacie podjadam różne smakołyki i dotrzymuje jej towarzystwa.

Obie mamy ulubioną porę dnia, czyli popołudniową drzemkę, najlepiej w niedzielę, ale uwaga nie radzę wypowiadać słów: Nadeszła moja ulubiona pora dnia - bo wtedy zazwyczaj do drzwi pukają goście i nici z drzemki.

Tak stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami. Może nie zawsze szczerymi, bo przecież musiałam mieć jakieś tajemnice, byłam nastolatką. Śmiało mogę powiedzieć, że nie znam wielu osób, które mają taką relację z mamą. Nasza mama jest spoko, jak przychodzą do nas znajomi siada i pije z nami wino... ale  mi się raczej wydaje się, że przychodzi zapalić okazjonalnego papieroska.

Moja mama robi najlepszego kartoflaka, rosół i szarlotkę. 

Samych wspaniałych chwil dla wszystkich mam!